Prawie jak wsypa

Podczas szycia padały w moim kierunku pytania, czy to przypadkiem nie będzie pikowana kołdra. Z daleka tkanina może i przypomina wsypę ALE nie ulegajcie temu złudzeniu, bo to prawdziwy jeans jest! A w dodatku różowy…

11 13

Wiem, wiem, doskonale wiem. Tak macie racje, zarzekałam się, że już nic z koła nie uszyję, ale święta przyszły i człowiek wymazał z pamięci wszystkie trudy i znoje tego kształtu. Uległam pokusie i urzeczywistniłam inspirację zimowej chwili. Rano do pracowni poszłam z wykrojoną marynarką, ale jak rozłożyłam ją na stole to mi się zwyczajnie „nie chciało”. I wtedy pomyślałam – to jest czas na różowe co nieco. Rachuciachu, Trzech Króli ulicą przeszło, a ja miałam gotową spódnicę. I wiecie co – bardzo ją lubię!

12

Wykrój to dwie części łączone po boku i razem dające jakieś 75% pełnego koła. Wycinałam je na tzw. „oko”. Zamek ukryłam w szwie bocznym, a pasek zapina się na uroczy, perłowo-różowy, wypukły guziczek. Oczywiście w szwach bocznych znajdziecie jeszcze dwie kieszenie. Wszystkie szwy od wewnątrz plus zapasy szwów obszyte są amarantową wstążką. Myślałam, że wszycie gotowej wstążki/tasiemki będzie estetyczne, ale chyba jestem ze starej szkoły i wolę tasiemki własnej produkcji.

18

Podszewki nie dodawałam, bo materiał jest na tyle gruby i sztywny, że nie wymaga. I powiem szczerze, że jestem miło zaskoczona, bo po całym dniu użytkowania opisywanego modelu, wieczorem z przodu w ogóle nie był pognieciony a z tyłu tylko troszkę.

14

Tym co dotrwali do tego momentu mojego wpisu zdradzę fakt, że wycięłam tą spódnicę z lewej strony tkaniny. Prawa była zbyt różowa, a lewa dzięki widoczności białej nici od razu mnie urzekła. Jest jak lody śmietankowo-truskawkowe. A jeans to jeans – dwustronnie użyteczny.

15

O mały włos bym zapomniała wspomnieć, że bluzka również mojej produkcji jest. Bardzo sobie ją cenię właśnie do spódnic zapinanych w pasie lub z podwyższonym stanem. Jest to dzianina dość elastyczna ale kupowana tak dawno, że dokładnego składu nie znam. Uszyta jest klasycznie z moimi ulubionymi, czterem pionowymi zakładkami.

Ot tyle na dziś.

Reklamy

A gdy zapadnie zmrok…

Dziś moja grudniowa kreacja w stylu lat ’50 – wygodna, świąteczna i dodatkowo w tej sukience odblaski po zmroku stają się po prostu zbędne. Sesja foto świąteczna – między prezentami i w pośpiechu, bo dzieciaki nie mogły się już doczekać rozrywania papierów, ale co nieco uchwycone zostało…

15

Oranżowa sukienka z satyny bawełnianej z dodatkiem lycry (nie mylić z bawełną satynową czy bawełną satynowaną;) już od dawna kręciła się w moich myślach. Chciałam coś od Diora, czyli dół z obfitego koła na 30 cm od podłogi i gorsetową górę. Do dzieła zmobilizowało mnie wydanie burda vintage i sukienka „grace”. Jednak ostatecznie moja kreacja nie ma nic wspólnego z tą z burdy.

 13

Zużyłam prawie 5 mb tkaniny i 2 szpulki nici (standardowo zużywam jedną). Jest to zdecydowanie najbardziej obfita i najcięższa z moich kreacji w szafie. Dół uszyty jest z pełnego koła marszczonego na 3 (sami wiecie ile to było tkaniny do wycięcia i obrobienia). Krojenie, zszywanie, zaprasowanie i wszycie jednej lamówki na dole spódnicy zajęło mi ponad 2 godziny! Nie to żebym nie miała z tego przyjemności, ale to już graniczyło z hedonizmem;) a w pracowni rozlegały się przyrzeczenia, że to już ostatnia kreacja z koła… (Dziś już o nich nie pamiętam.) 

 0810 12

Wracając do samej sukienki, na początku dół faktycznie był klasyczny na 30 cm od podłogi, ale nie wyglądało to dobrze i czułam się jak zakonnica w przykrótkim habicie. Więc skróciłam całość tuż za kolano. Spódnicę pomarszczyłam centymetrowymi kontrafałdami, a w szwach bocznych ukryłam kieszenie. Dół podszyłam lamówką z podszewki. Góra nie jest gorsetowa, taliowałam ją czterema pionowymi zaszewkami, a rękawy są odcinane w ramionach. Wersja z burdy się po prostu nieładnie układała więc zaimprowizowałam. Góra jest na podszewce z pominięciem rękawów, które zrobiłam w pełnej długości (w końcu mamy zimę). Całość wykończyłam paskiem wiązanym z tyłu na kokardę.

 0106

W planach mam jeszcze halkę z mocno marszczonym dołem, ale na razie czasu brak na jej uszycie, więc śmigam bez halki. Wszystko się bardzo ładnie układa i tańczy podczas chodzenia. W dodatku taka ilość tkaniny grzeje pupcie gdy mrozy za oknem, a zupełnie nie ogranicza i pozwala frywolnie śmigać nóżkom chociażby na parkiecie.

A tak całość prezentuje się już w życiu…

16

I jeszcze na koniec przepraszam za przestój na blogu – zwyczajny brak czasu, który każdemu jest znanym towarzyszem. Ale w Nowym Roku nowe postanowienia, a w nich m.in. wygospodarowanie więcej czasu na życie baskinki.

Niezniszczalny błękit

Niezniszczalny materiał i żywotny wykrój, czyli piękna sukienka na słoneczne dni.

 110910

Tkanina ta czekała 30 lat żeby ktoś ją na nowo odkrył, pokroił i pozszywał!!! Dziesiątki razy była prana, a wciąż wygląda jak nowa! Także dekatyzację miałam z głowy. Znalazłam ją całkiem przypadkiem tuż po obejrzeniu filmu z Brigitte Bardot i od razu postanowiłam uszyć sukienkę w stylu lat ’50 (tylko trochę krótszą niż klasyki).

„Niech chodź utartymi ścieżkami bo się poślizgniesz.” pisał Stanisław Lec i ja tym razem wybrałam opcję niestandardową – niebieską tkaninę szyłam amarantową nicią. Pokusiłam się nawet o zdobienia, a całość wykończyłam paskiem ostebnowanym na amarantowo i wiązanym z tyłu na kokardkę – wyszło uroczo, dziewczęco.

0104

zdj. – brzegi ramion oraz dół spódnicy obszyty ozdobnym ściegiem, dekolt płytko ostebnowany

Suwak ukryłam w szwie bocznym. Jedyny jaki miałam pod ręką był w kolorze granatowym, ale wszycie wyszło bardzo ładnie i praktycznie go nie widać.

05 06

Forma to połączenie dwóch wykrojów z Burdy: góra 3/2011/108, dół 7/2012/133. Wszystko się ładnie spasowało i praktycznie nie wprowadzałam żadnych zmian. Jedynie górę szyłam z jednej warstwy, a nie z dwóch. Dół spódnicy krojony był z dwóch części i nie jest pełnym kołem. Jednak układa się przepięknie i gęsto faluje. Chyba nawet podoba mi się bardziej aniżeli w mojej sukience „cud, miód, malina”, która szyta była z pełnego koła.

0302

Jeśli chodzi o zdjęcia, to znów musiałam pozować – Zofia chyba przytyła. Nie wiem jak to się stało. Może za dużo pączków po pracy, a może ostatnio na siłowni pracowała nad ramionami. W każdym bądź razie, efekt końcowy jest taki, że ja mogę założyć sukienkę, a na Zofię naciągnąć jej już nie mogę… Jest jeszcze teoria, że to ja zawiniłam i wszyłam nie dość długi suwak (oczywiście teoria ta jest mało realistyczna).

A podsumowując, całość szyło mi się doskonale. Dobre formy + materiał pływał pod stopką (nie mylić ze słowem „spływał”) i praktycznie się nie pruł – nie ma to jak jakość czasów sprzed „made ich China”.

Motyle skrzydło

Ufff… Udało się. Moja jedwabna sukienka „cud, miód, malina” ukończona! (A ja wykończona, ale chociaż z uśmiechem na twarzy.) Ledwo zdążyła ześlizgnąć się ze stołu roboczego, a już wirowała na parkiecie. Ale po kolei…

0307

Cienki jedwab z domieszką bawełny (można się pokusić o stwierdzenie półprzezroczysty) z wzorem fragmentów motylich skrzydeł wykonanych akwarelami, wpadł w moje dłonie przeszło pół roku temu (razem z pierwszymi wiosennymi promykami słońca). Od razu pojawił się bukiet myśli: sukienka, lato, koło, halka, lata ’50-’60. Projekt ambitny, ale w końcu takie lubimy najbardziej. Po poszukiwaniach wzoru, który nie pociąłby za bardzo tkaniny, górę wykonałam z marcowej Burdy z 2011 roku mod. 108 (drobne zmiany, to podniesienie tali do góry). Dół natomiast wycinałam z pełnego koła, które rozcięłam by wszyć suwak ukryty w szwie bocznym.

Praca nad sukienką zaczęła się przyjemnie. Górę wycięłam i zszyłam bardzo szybko, choć wykonana jest w koncepcji „2 razy prawa strona” (wszystkie szwy ukryte dla lewej i prawej strony) co wymagało ogromnej precyzji w zszywaniu zaszewek. Początkowo wiele trudności sprawiło mi zszycie ramion – opis Burdy był tak nieintuicyjny i niezrozumiały, że postanowiłam zamknąć czasopismo i na spokojnie znaleźć swój sposób. Chwila ciszy, koncepcja się wyklarowała i wyszło pięknie. Przyznam, że bardzo mi się spodobało to szycie „2 razy prawa strona” i będę je stosowała znacznie częściej.

0604

zdj. – dopasowana góra sukienki z zakładkami

01

zdj. – wszystkie szwy ukryte

Większe kłopoty zaczęły się przy dole sukienki. Wycięłam koło zgodnie z zachowaniem wszelkich zasad sztuki, ale jednak coś poszło nie tak (choć na tamtym etapie jeszcze nie było tego widać). Błąd powielił się przy wszywaniu dołu do góry (materiał nie równo się naciągał). W ostatecznym efekcie dół wyszedł pofalowany, a ja załamana. Moja frustracja rosła przy próbach wyrównania dołu, bo jak to zrobić kiedy sukienkę mierzy się na sobie? I wtedy postanowiłam „zatrudnić” Zofię (Zofię przedstawiałam kilka wpisów wcześniej). Kolejne trudności pojawiły się przy podwijaniu. Przygotowałam lamówkę z ukosa, ale wszycie jej by materiał się nie marszczył vel falował było męką. Myślę, że w przyszłości przy podobnie cienkich materiałach będę również i dół sukienek szyła w wersji „2 razy prawa strona”. Pozwoli to ładnie ukryć wszystkie szwy i odpadnie podwijanie. Zniknie też problem z prześwitującą bielizną.

Pod spódnicę uszyłam oczywiście czarną, jednowarstwową, wiskozową halkę z pełnego koła. Dzięki niej dół sukienki troszkę się podniósł i ładniej układał (zwłaszcza przy kręceniu weselnych piruetów). Dodatkowym bonusem był brak widoków na bieliznę (także z pantalonami mam pełną dowolność). Początkowo myślałam o uszyciu halki z klasycznego tiulu, ale okazał się być za sztywny dla tak cienkiego i lejącego się jedwabiu. Dół się co prawda mocno podniósł ale jedwab się spłaszczył, stracił swoją lekkość i zwiewność i już nie falował podczas chodzenia. Całość wytaliowałam cienką, czarną wstążką wiązaną z tyłu na kokardę.

05

zdj. – tył sukienki 

Do sukienki idealnie pasuje bolerko, które uszyła moja mama bardzo dawno temu (aż strach się przyznać jak dawno temu to było, ale grunt, że wciąż wygląda jak nowe).

02

zdj. – stylizacja z bolerkiem

Ps. Na żywo sukienka wygląda 2 razy lepiej, a użytkuje się ją doskonale. Polecam!