Lila w stylu retro

Krój tej sukienki chodził za mną od 2 lat, ale z ciążowym brzuszkiem trudno jest taką na siebie naciągnąć…

Jednak co się odwlecze, to nie uciecze, więc „mam i ja”. (Ps. Plama na zdjeciach to rysa na obiektywie.)

Sukienka uszyta z wiskozy fajnie się leje i łatwo się szyła, ale gnieciuch z niej niezly, co uwydatnia jednobarwność tkaniny. Góra sukienki jest na wiskozowej podszewce. Dekolt z przodu i tyłu wycięty jest w szerokie trójkąty. Rękawy za łokieć, sukienka z tyłu wiązana dodatkowo kokardą, długość zdecydowanie za kolano.

Jakbym miala opisać ją jednym słowem, to powiedziałabym „urocza”.

 

Reklamy

Japoński styl prosto z Chin

Tak, tak, tak – w końcu otworzyłam pudło z moimi chińskimi jedwabiami! I w świetle księżyca wyłonił się śliczny, nocny świat…

Moje sny są jeszcze bardziej kolorowe i fantazyjne odkąd uszyłam to jedwabne kimono. Materiał jest piękny! Byl drukowany jako kupon, więc musiałam się niesamowicie nagimnastykować, żeby go starczyło i żeby wzór się zgrał po prawej i lewej stronie (musiałam m.in. zrobić szycie na plecach).

Kimono wyszło lux. Trochę sexy, trochę jak z bajki i w dodatku funkcjonalne. (Jeśli miałabym się czepiać, to mogłoby być jeszcze obszerniejsze). Krój jest prosty (z Burdy), ale tkanina przyciąga wzrok – co prawda grona dość wąskiego, bo tylko domowego.

Szyjąc kimono wciąż się zastanawiałam, jak to jest, że Chinkom z takiego kuponu starcza na całą sukienkę, a mi ledwo na kimono za pupę. I olśniło mnie! Przecież one są drobniutkie i niewysokie, więc ja w kategorii polskiej jestem mini, ale w kategorii Chińskiej trafiam na pułam maxi.

Klasyka dla cierpliwych

Zanim brzuch mi urósł, uszyłam jeszcze perełkę w stylu lat ’60. Wykrój jest przepiękny, a całość prezentuje się elegancko, pomimo wykorzystania zwykłej bawełny w chabrowym kolorze.

ch4 ch5 ch6

Jest to model z listopadowej burdy z 2012 roku. Jest w 100% w „moim stylu” i od razu mnie zauroczył. Całość bardzo prosta, bez zbędnych dodatków, falban i plis, a jednocześnie każdy element jest oryginalny i kobiecy: zwężany dół, rękawek 3/4, piękny przód i uroczy kielichowy kołnierz wraz ze stójką!

Nie będę ukrywać, że model ze względu na zakładki przodu zszywane po półkolu by ładnie podkreślić biust, jest bardzo wymagający. I nie chodzi tylko o wykrojenie całości na materiale oraz zszycie zakładek, chodzi głównie o to by szycia zakładek prawej i lewej części zeszły się razem. Przyznam, że 2 zakładki musiałam poprawiać. Chętnie przełożyłabym ten wykrój na jeden z jedwabi z mojej kolekcji, ale trochę mnie to przeraża.

ch2

Osobiście uważam, że kołnierz wraz ze stójką został zaprojektowany wręcz idealnie (co rzadko zdarza mi się napisać o wykrojach z burdy). Całość dzięki szyciom pięknie układa się z tyłu do linii karku, a z przodu super podkreśla szyję i nadaję szyku kreacji. Całość bardzo mi się podoba i doskonale się nosi, więc planuję jeszcze kilka razy wykorzystać.

ch3

Podchodząc do modelu trochę się bałam, że dół z wysokim stanem na środku brzucha będzie się „balonikował” i robił wrażenie pompowanego brzucha. Jednak obawy były niepotrzebne, całość układa się fajnie, a pompowany brzuch pojawił się dopiero w okolicach 5 miesiąca ciąży.

Technicznie: 100% bawełny, całość bez podszewki, długi kryty suwak na środkowym szwie pleców, na dole małe rozcięcie, sukienka trochę krótsza aniżeli oryginał.

Zdjęcia są robione na noszonym już wzorze, dlatego przepraszam za wszystkie pogniecenia, ale przynajmniej widzicie, jak całość wygląda po kilku godzinach noszenia…

 

Koło w stylu etno

To tak zwany projekt porzucony. Rozpoczęłam go w grudniu 2014 i zabrakło niewiele – suwak, podszewka dołu i podwinięcie dołu. Ale widać musiało upłynąć dużo wody w Wiśle (a raczej wyparować, biorąc pod uwagę upalne lato) i musiał mi wyskoczyć 5-o miesięczny brzuch, żebym dokończyła sukienkę na chłodniejsze dni… (W sumie, to całe szczęście, że nie wszyłam tego suwaka od razu, bo teraz bym się nie zapięła!)

c4 c3

I w ten sposób powstała pierwsza ciążowa kreacja produkcji własnej. Materiał 100% bawełny kupiłam kiedyś przez internet. Bardzo mi się spodobał wzór, choć kolory w rzeczywistości odbiegają od tych ekranowych, są bardzo „jesienne”. Trudno było mi dobrać zieloną nić, zwłaszcza, że bywam wybredna w tym temacie, a to na prawdę specyficzna zieleń.

Całość wykroju jest z grudniowej Budry 2014, zmieniłam jedynie rękawy, dekolt i długość określiłam wg własnego uznania. Kieszenie wykroiłam, ale widać w szaleńczej pogoni przed zeszłorocznymi świętami zapomniałam ich wszyć, bo znalazłam je dziś przypadkiem w pudle z tkaninami.

c5

Nie dokończyłam od razu sukienki, bo myślałam, że wykrój będzie się lepiej układał. Brakowało w nim głębszego i bardziej zwężonego podcięcia pod biustem. W efekcie całość wyglądała dość workowato, ale na 5 miesiąc ciąży okazuje się idealna! Choć potwierdzam swoją teorię o workowatości, bo jak widać nieźle kamufluje mój brzuch.

c2

Całość szyło się przyjemnie, bez większych trudności. Góra jest dwustronna, dół jest na różowej podszewce. Suwak wszyłam na plecach, a tylne zakładki troszkę zszyłam. Najtrudniejsze było równe wykrojenie dekoltu, ze względu na wzór, i wszystkich klinów (zwłaszcza przedniego) żeby się ładnie wzory „zgrały”. Ale wyszło chyba nie najgorzej.

No więc, wracamy do szycia…

Ktoś na mnie patrzy

Jak by się temu przyjrzeć głębiej, to nawet nie jedna osoba…

02

Przyszło lato i kolorowy jedwab w stylu pop-art, z mojej ulubionej chińskiej kolekcji, doczekał się skrojenia. Od początku planowałam z niego bluzkę na ciepłe dni z myślą o białych spodniach i spódnicach. Już pierwszego dnia kilka osób zwróciło uwagę na bluzkę, więc chyba wyglądała całkiem nieźle.

05 06

Tak na prawdę najpierw był pomysł na bluzkę, a potem dopiero materiał. Wykrój to niemalże kalka 1:1 z Burdy (1/2012) wykrój jak w mod.117 ale zapięcie przeniosłam na plecy. Jest to łatwy model nawet jak na jedwab. Najwięcej czasu spędza się nad marszczeniem szyi, żeby było symetryczne i równomierne, a zszycia rękawów wypadły dokładnie na środku ramion. U mnie prace te trochę utrudniła lekka modyfikacja góry ze względu na wąskie ramiona. Jednak całość szyła się przyjemnie, a efekt końcowy cieszy mnie po dziś dzień.

04

Dół bluzki wykończony jest 2 mm podwinięciem, rękawki i dekolt z kolei wykończyłam lamówką wyciętą z tego samego jedwabiu. Zapięcie również obrobione jest lamówką, a wszystko wykańcza uroczy, różowo-perłowy guziczek zapinany na pętelkę (tutaj zadbałam o precyzyjność wykończenia, żebym nie mogła się do niczego przyczepić i mogła spać z czystym sumieniem).

03

Szczerze przyznam, że kupując materiał przyoszczędziłam na ilości ze względu na jego cenę. Na szczęście wymierzyłam całość niemalże idealnie, bo po wycięciu pasków na wszystkie lamówki zostało mi może 15 cm kwadratowych. Ten, w 100% naturalny jedwab jest przyjemny i delikatny, ale nie jest idealnie śliski, co nie zmienia faktu, że pięknie się leje i układa. W upalne dni bluzka idealna. Do spodni jest fajnie luźna i przewiewna, a przy spódnicach z wysokim stanem ładnie się „balonikuje”.

No i na koniec przyznam się do jednej wpadki. Mega smutnej, ale da się z nią żyć. Jak odcinałam ostatnią nitkę w bluzce (literalnie i w przenośni ostatnią) niechcący przecięłam rękaw bluzki. Rozcięcie nie jest duże, ale możecie sobie wyobrazić ogrom mojej rozpaczy w tamtym momencie…

Powrót do korzeni

Rany! Jakże niedoskonałe były me początki! Czyli dziś będzie o wyrzutach sumienia i powrocie do przeszłości. Bo kto szyje tytułową baskinkę, by potem ani razu jej nie założyć? Otóż, ja właśnie…

06 05 01

Moja krawiecka przygoda zaczęła się od chabrowej bluzki z baskinką, której to do niedawna ani razu nie zapięłam na plecach. Raz pamiętam, wychodząc do znajomych nawet chciałam, ale w szafie nie znalazłam odpowiednich spodni. Potem z kolei brakowało mi figury tu i ówdzie. I rok minął. Ostatnio zebrałam się, szarpnęłam bluzkę do zwężenia  i oczom nie mogłam wierzyć. Najpierw otworzyłam je szerzej i szerzej, zapaliłam dodatkowe światło, i gdy nabyłam już niemalże wytrzeszczu zrozumiałam ogrom niedoskonałości mojego pierwszego modelu. Z jednej strony, to dobry znak, bo widać postęp, a z drugiej trochę wstyd nosić model tak dalece niezadowalający. Ale, że nadal piękny, przełamałam się i śmigam w chabrowej szacie. Więc i wam pokazuję, jakie to były początki baskinki z baskinką. Dodam, że baskinka z trenem – bo taką zawsze chciałam mieć.

 03

100% wełny w wełnie

Mrozy przyszły, więc warto zadbać o komfort cieplny. ECO jest fajne, dlatego dziś 100% wełny w wełnie, a w dodatku w morskim kolorze. Całkiem ujarzmiona okazała się być ta wełna, bo gryzła tylko trochę…
Ps. Jakby ktoś pytał, to zielony pas karate zdobyty.

0208

Sukienka jak widać może być użytkowana w co najmniej dwóch odsłonach – luźnej i wytaliowanej. Pas a’la karate zawiązany na supeł krawatowy wygląda na prawdę fajnie. Spokojnie, można iść na Wigilię w wersji z sexy talią, a jak już się człowiek porządnie naje, to w zanadrzu jest możliwość zdjęcia paska – nic nie ciśnie, brzucha nie widać, a szyk zachowany.

030709

Model sukienki już wcześniej pojawił się na blogu. Tym razem całość jest na grubej, atłasowej podszewce w przepięknym, głębokim kolorze chabru (niestety zapomniałam zrobić zdjęcia). Porządna podszewka była warunkiem ujarzmiania wełny, co by nie gilała po całym ciele.

Bałam się, ze tak rzadko tkana wełna będzie się bardzo pruła podczas szycia. Jednak zmechacone włókna wełniane ściśle się trzymały i całość po krojeniu zachowywała się na wzór filcu (oczywiście, jak komuś zależało, to można było pruć materiał). Ostatecznie szyło się bardzo przyjemnie. Jedyną trudność sprawiło mi prucie szwów (a było kilka drobnych poprawek), bo zakupiłam nici w identycznym kolorze co materiał i ciężko było je odróżnić.

04

Co do oryginalnego wykroju z Burdy (07/2014/116), całość wydłużyłam o 30 cm, zaszewki na biuście wydłużyłam do 15 cm i lekko podniosłam, dekolt obszyłam na 2 mm, a korpus lekko zwęziłam. Całość prezentuje się bardzo ładnie. Jestem zadowolona z efektu, a właścicielka sukienki jeszcze bardziej. Jest naturalnie, ciepło, kobieco i nic nie gemzi – jedym słowem „extra”!

Pierwszy śnieg na jedwabiu

A u mnie spadł pierwszy śnieg. Akurat na jedwab. Z tej okazji okrzyknięto mnie dziś Królową Śniegu i mam tylko nadzieję, że nie jest to aluzja do ciepłoty mojego serca…

16

W końcu wyjęłam prezent z Szanghaju i naturalny (potwierdzony zapalniczką), wzorzysty kupon jedwabiu rozlał się na moim stole roboczym, a mnie opanował (i uratował) stoicki spokój. Cena jaką przyszło płacić za metr tej naturalnej tkaniny sprawia, że ręka z nożyczkami potrafi zadrżeć. Ale jest ryzyko jest zabawa i warto próbować.

07 09 08

Zależało mi na ładnym wykorzystaniu pięknego, kwiatowego wzoru, dlatego sukienkę uszyłam według bardzo klasycznego wzoru z Burdy. Ponieważ burdowy rozmiar 36 w większości przypadków jest dla mnie raczej oversize’owy, całość początkowo uszyłam ze starej pościeli i modelowałam pod swoje kształty. Nie to żebym była jakaś drobinka, ale np. oryginalne zaszewki góry sukienki u mnie wylądowały w połowie drogi do podcięcia pach. Czasami zastanawiam się wg jakiego wzorca oni to wymiarują (???), bo mi na myśl przychodzi stereotyp Helgi zza zachodniej granicy… Krój jak widać jest bardzo kobiecy i podkreśla talię. Dopasowana góra i ołówkowy dół z krytym rozcięciem, w sumie 8 pionowych zaszewek, cięcie w talii, suwak na plecach – klasyka.

140102

Całość uszyta jest na błękitnej, wiskozowej podszewce. 99% wszystkich szyć jest ukryte, więc w sumie sukienka jest dwustronna. Jedynie zleniłam się przy rękawach i zapasy wszycia ukryłam lamówką – choć i to wygląda przyzwoicie.  Najtrudniejsze było wykończenie rękawów i dołu. Nie połasiłam się na jakiś tam ręczny ścieg kryty. O nie! Wszystko szyte na stebnówce od wewnątrz do konstrukcji podszewki. Pełen profesjonalizm. Układa się fantastycznie. Dużo pracy, a właściwie z pływającym jedwabiem, powinnam napisać DUUUŻO pracy (żeby nic się nie ciągnęło). Jednym słowem – nic nie widać i o taki efekt końcowy właśnie mi chodziło.

04 0306

Jak to zwykle bywa, za kobiece zachcianki trzeba płacić. Pół biedy jak płacą za nie mężczyźni, gorzej jak trzeba samemu pokrywać rachunki. Mi zachciało się mieć koniecznie (podkreślę słowo „koniecznie”) długi rękaw w sukience. Materiału było już mało, a raczej za mało, więc wpadłam na pomysł, że ładnie wykorzystam wzór i wytnę rękawy z ukosa. Bo przecież każdy przedszkolak wie (okazuje się, że nawet ja to wiem), że przekątna prostokąta jest dłuższa niż jego boki z osobna. Niestety myśl ta okazała się genialna przez krótką chwilę i szkoda, że u jej początku nie było przy mnie kogoś z palcem pukającym w głowę na wzór wszystkim nam znanego znaku (nawet przedszkolakom). O ile spódnica z ukosu zawsze układa się bez zarzutu, o tyle rękaw z ukosu to prawdziwy koszmar. Wszędzie się lał a wręcz ulewał, rozciągała, wybrzuszał, puchł i wkurzał autora, czyli mnie. Odwrotu nie było (chyba że na krótki rękaw), a przypomnę, że zachcianka była na rękaw długi. Musiałam usunąć mozolnie wykonywane zaszewki łokciowe i pogimnastykować się jak w callanetics’sie żeby całość przypominała rękaw z podszewki. I co? Tragedii greckiej w tym odcinku nie ma – ufff… Udało się i teraz to ja puchnę z dumy.

12 13

Patrzę i myślę sobie, że można by iść w takiej sukience zimą do ślubu. Tylko składa się tak, że akurat ja się nie wybieram. Ale na zakupy po włoszczyznę też się nada (byle by nie padało).

Ps. Przy pracy z jedwabiem wykorzystuję matę do krojenia, nóż kołowy, wycinam wszystko pojedynczymi warstwami, chodzę na paluszkach i staję na głowie, a i tak całość okupiona jest paczkami delicji i cysternami herbaty w celu uspokojenia irytacji (zwłaszcza gdy „clou programu” – dekolt wytnie się krzywo). Dobrze, że chociaż efekt końcowy zadowala (złośliwie dodam – tym razem).

Niezniszczalny błękit

Niezniszczalny materiał i żywotny wykrój, czyli piękna sukienka na słoneczne dni.

 110910

Tkanina ta czekała 30 lat żeby ktoś ją na nowo odkrył, pokroił i pozszywał!!! Dziesiątki razy była prana, a wciąż wygląda jak nowa! Także dekatyzację miałam z głowy. Znalazłam ją całkiem przypadkiem tuż po obejrzeniu filmu z Brigitte Bardot i od razu postanowiłam uszyć sukienkę w stylu lat ’50 (tylko trochę krótszą niż klasyki).

„Niech chodź utartymi ścieżkami bo się poślizgniesz.” pisał Stanisław Lec i ja tym razem wybrałam opcję niestandardową – niebieską tkaninę szyłam amarantową nicią. Pokusiłam się nawet o zdobienia, a całość wykończyłam paskiem ostebnowanym na amarantowo i wiązanym z tyłu na kokardkę – wyszło uroczo, dziewczęco.

0104

zdj. – brzegi ramion oraz dół spódnicy obszyty ozdobnym ściegiem, dekolt płytko ostebnowany

Suwak ukryłam w szwie bocznym. Jedyny jaki miałam pod ręką był w kolorze granatowym, ale wszycie wyszło bardzo ładnie i praktycznie go nie widać.

05 06

Forma to połączenie dwóch wykrojów z Burdy: góra 3/2011/108, dół 7/2012/133. Wszystko się ładnie spasowało i praktycznie nie wprowadzałam żadnych zmian. Jedynie górę szyłam z jednej warstwy, a nie z dwóch. Dół spódnicy krojony był z dwóch części i nie jest pełnym kołem. Jednak układa się przepięknie i gęsto faluje. Chyba nawet podoba mi się bardziej aniżeli w mojej sukience „cud, miód, malina”, która szyta była z pełnego koła.

0302

Jeśli chodzi o zdjęcia, to znów musiałam pozować – Zofia chyba przytyła. Nie wiem jak to się stało. Może za dużo pączków po pracy, a może ostatnio na siłowni pracowała nad ramionami. W każdym bądź razie, efekt końcowy jest taki, że ja mogę założyć sukienkę, a na Zofię naciągnąć jej już nie mogę… Jest jeszcze teoria, że to ja zawiniłam i wszyłam nie dość długi suwak (oczywiście teoria ta jest mało realistyczna).

A podsumowując, całość szyło mi się doskonale. Dobre formy + materiał pływał pod stopką (nie mylić ze słowem „spływał”) i praktycznie się nie pruł – nie ma to jak jakość czasów sprzed „made ich China”.

Motyle skrzydło

Ufff… Udało się. Moja jedwabna sukienka „cud, miód, malina” ukończona! (A ja wykończona, ale chociaż z uśmiechem na twarzy.) Ledwo zdążyła ześlizgnąć się ze stołu roboczego, a już wirowała na parkiecie. Ale po kolei…

0307

Cienki jedwab z domieszką bawełny (można się pokusić o stwierdzenie półprzezroczysty) z wzorem fragmentów motylich skrzydeł wykonanych akwarelami, wpadł w moje dłonie przeszło pół roku temu (razem z pierwszymi wiosennymi promykami słońca). Od razu pojawił się bukiet myśli: sukienka, lato, koło, halka, lata ’50-’60. Projekt ambitny, ale w końcu takie lubimy najbardziej. Po poszukiwaniach wzoru, który nie pociąłby za bardzo tkaniny, górę wykonałam z marcowej Burdy z 2011 roku mod. 108 (drobne zmiany, to podniesienie tali do góry). Dół natomiast wycinałam z pełnego koła, które rozcięłam by wszyć suwak ukryty w szwie bocznym.

Praca nad sukienką zaczęła się przyjemnie. Górę wycięłam i zszyłam bardzo szybko, choć wykonana jest w koncepcji „2 razy prawa strona” (wszystkie szwy ukryte dla lewej i prawej strony) co wymagało ogromnej precyzji w zszywaniu zaszewek. Początkowo wiele trudności sprawiło mi zszycie ramion – opis Burdy był tak nieintuicyjny i niezrozumiały, że postanowiłam zamknąć czasopismo i na spokojnie znaleźć swój sposób. Chwila ciszy, koncepcja się wyklarowała i wyszło pięknie. Przyznam, że bardzo mi się spodobało to szycie „2 razy prawa strona” i będę je stosowała znacznie częściej.

0604

zdj. – dopasowana góra sukienki z zakładkami

01

zdj. – wszystkie szwy ukryte

Większe kłopoty zaczęły się przy dole sukienki. Wycięłam koło zgodnie z zachowaniem wszelkich zasad sztuki, ale jednak coś poszło nie tak (choć na tamtym etapie jeszcze nie było tego widać). Błąd powielił się przy wszywaniu dołu do góry (materiał nie równo się naciągał). W ostatecznym efekcie dół wyszedł pofalowany, a ja załamana. Moja frustracja rosła przy próbach wyrównania dołu, bo jak to zrobić kiedy sukienkę mierzy się na sobie? I wtedy postanowiłam „zatrudnić” Zofię (Zofię przedstawiałam kilka wpisów wcześniej). Kolejne trudności pojawiły się przy podwijaniu. Przygotowałam lamówkę z ukosa, ale wszycie jej by materiał się nie marszczył vel falował było męką. Myślę, że w przyszłości przy podobnie cienkich materiałach będę również i dół sukienek szyła w wersji „2 razy prawa strona”. Pozwoli to ładnie ukryć wszystkie szwy i odpadnie podwijanie. Zniknie też problem z prześwitującą bielizną.

Pod spódnicę uszyłam oczywiście czarną, jednowarstwową, wiskozową halkę z pełnego koła. Dzięki niej dół sukienki troszkę się podniósł i ładniej układał (zwłaszcza przy kręceniu weselnych piruetów). Dodatkowym bonusem był brak widoków na bieliznę (także z pantalonami mam pełną dowolność). Początkowo myślałam o uszyciu halki z klasycznego tiulu, ale okazał się być za sztywny dla tak cienkiego i lejącego się jedwabiu. Dół się co prawda mocno podniósł ale jedwab się spłaszczył, stracił swoją lekkość i zwiewność i już nie falował podczas chodzenia. Całość wytaliowałam cienką, czarną wstążką wiązaną z tyłu na kokardę.

05

zdj. – tył sukienki 

Do sukienki idealnie pasuje bolerko, które uszyła moja mama bardzo dawno temu (aż strach się przyznać jak dawno temu to było, ale grunt, że wciąż wygląda jak nowe).

02

zdj. – stylizacja z bolerkiem

Ps. Na żywo sukienka wygląda 2 razy lepiej, a użytkuje się ją doskonale. Polecam!